Sosnowiec – miasto które Astro darzy dużym sentymentem. Dla kilku Astronautów pierwsze turnieje odbyły się właśnie tam. Tam też osiągnęliśmy pierwszy mały sukces w postaci piątego miejsca na Lemon Cup 2008, po raz pierwszy w historii wygrywając z Uwagą Pies. Z wielką przyjemnością i oczekiwaniami jeździmy tam, gdy tylko jest okazja.
Tym razem odwiedziliśmy indoorowy turniej w Sosnowcu – Spirit on Ice 2010. Dostaliśmy się tam z piątego miejsca na liście rezerwowej, a dowiedzieliśmy się o tym na 20 dni przed turniejem. Było to nie lada zdziwienie i zebranie składu wymagało dużej aktywności trzonu Astro. W 24 godziny udało Nam się ulepić 7 astronautów i 4 pickupów. Zgodzili się zagrać z Nami – Ola Cichowska i Joda z AWF oraz Szatan i Adam z RJP. Z Asto zebrali się UOlcia, Elvis, Edyta, Alek, Kris, Bartek i Lucjan. Całkiem ciekawy skład, ale znając listę drużyn wiedzieliśmy, że czeka Nas bardzo ciężka walka.
Nadejszła wielkopołomna chwila i w piątek 19ego Lutego na dwa karawany wyruszyliśmy w podróż do Polskiej Stolicy Frisbee. Pierwszy z nich – „Niunia” Elvisa zlądował na miejscu o godzinie 18:00. Drugi karawan wyjechał później i postanowił zrobić sobie przerwę na zmianę koła (co zresztą w tym samym czasie przytrenował również Filip z GMF) co zaowocowało przyjazdem o 23:00. Kierowca Astro Pandy – Kris, chyba nie miał dosyć, zatem w ten weekend dla sportu zmienił koło w sumie raz jeszcze! Reszta weekendowego Astro składu przyjechała na własną rękę z Warszawy w godzinach wieczornych. Po zainstalowaniu się w pamiętnej sali od języka polskiego wyruszyliśmy na Welcome Party zachaczając o Pizzerie, w której czekali na Nas koledzy z GMF i AWF. Po odśpiewaniu „Stu lat” dla Edyty (za niedawne urodzinxy) i kawałach Jody udaliśmy się do uroczej spelunki pod nazwą „Chimera”. Knajpa ta powinna się raczej nazywać „Titty Twister” (meksykański klub z filmu „Od zmierzchu do świtu” ) z racji hiszpańskojęzycznych występów samego El Mariachi czyt. charakteru jej nie brakowało. Dziewczyny oszalały… nie wiadomo czy z powodu grajka, czy z powodu open baru, ale nonszalancko wróciły na sale dwoma taksówkami. Justyna Kowalczyk zdobyła brąz i wszyscy byli zadowoleni. Dobranoc.
Poszliśmy spać wcześnie i wstaliśmy by grać prężnie. Bogate śniadanie dało Nam siłę, a oglądanie pierwszych meczy ogromną ochotę na grę.
Pierwszym rywalem było FUJ – drużyna z Pragi, o mocy której wiedzieliśmy sporo. Tym razem team ten pojawił się w młodszym wydaniu, co nie znaczy, że słabym. Kapitan 20-latek (najstarszy z obecnych z FUJ) Wojta był niesamowicie dynamiczny i dysponował praktycznie każdym rzutem z zabójczą precyzją. Low release’y, break’i, overheady to tylko część jego repertuaru. Jego fake’i i pivoty były równie skuteczne, co miłe dla oka. Jednym słowem – kocur. Postanowiliśmy odcinać większość drużyn od strony zony, obawiając się idealnych blade’ów. Zadziałało. FUJ było zmuszone grać krótko, wymieniając dużo podań w poszukiwaniu opcji, podczas gdy my konsekwentnie trzymaliśmy force. Nasz system zmian pomagał naciskać w obronie na mocniejsze jednostki, co zaowocowało kilkoma błędami, które sukcesywnie wykorzystaliśmy. Też graliśmy krótko, ale szybko. Poranny flow dał Nam zwycięstwo.
Drugi mecz to kolejne wyzwanie w postaci GMF – drużyny, którą dobrze znamy. Nasze mecze zazwyczaj są szybkie, pełne fizycznej walki i z dużym uśmiechem na twarzy, chociaż nie często z równym wynikiem. Tym razem było podobnie, aczkolwiek niespodziewanie to my byliśmy górą. Szatan, Adam, Joda i Lucjan to osoby które często grały z jak i przeciw Grandmasterom. Dodatkowo w barwach Warszawiaków na tym turnieju grał Szumek i Ewa z RJP, zatem wiedzieliśmy czego możemy się spodziewać. Omówiliśmy to przed meczem i co najważniejsze – udało Nam się wprowadzić to w życie. Mocna obrona sprawiła, że GMF zdecydowanie nie miało pomysłu na grę. Podczas gdy odcinaliśmy cuty do dysku, wciąż uważaliśmy na deep cuty. Po kilku nieudanych akcjach przeciwnika prowadzonych krótkimi podaniami, jak można się było domyśleć, rzucone zostały dwa hucki, które udało Nam się zbić. To duży sukces wygrać „footrace” lub walkę w powietrzu z zawodnikami GrandMaster Flash. Dobry force, i czujność pozwoliła Nam przechwycić kilka ważnych dysków, szczególnie w drugiej połowie. Na oklaski zasługuje tutaj Adam, który przejął dysk co najmniej trzy razy w ciągu ostatnich kilku minut meczu. Był turbo aktywny.
Po jednym z turn overów podanie do Adama chciał przejąć Filip. Dwójka zderzyła się tak niefortunnie, że upadając Filip nadepnął na nogę Adama, który wypuścił dysk i z krzykiem zaczął zwijać się po parkiecie, trzymając się za nogę. Wtedy byłem przekonany, że pękła kość. Po chwili jednak Adam dochodził do siebie i z grymasem bólu na twarzy dowcipnie oznajmił „Strip”, a następnie, że noga chyba nie jest złamana. Niestety był to ostatni mecz w którym Adam zagrał na tym turnieju. Co prawda wszedł jeszcze na boisko w następnym meczu, ale odczuwał zbyt duży ból i bardzo kulał, więc nie było sensu narażać zdrowia. Mamy nadzieję że szybko wróci do zdrowia.
Wracając do przebiegu rozgrywki – w ataku tak jak w obronie również byliśmy stabilni. Swingując czekaliśmy na moment, aż kilka szybkich, aczkolwiek pewnych podań doprowadzi Nas do zony. GMF próbowało obrony Men jak i Zony 2-2-1, jednak ani jedno, ani drugie nie powstrzymywało ataku Astro. Im bliżej było do końca meczu, tym większa była różnica punktowa na Naszą korzyść. Po 26 minutach gry po sygnale zostały Nam 3 podania. Lucjan podał do Jody na środku boiska. Joda pivotował chwilę szukając okazji, by po chwili podać high release backhand na lewą stronę boiska do Lucjana, a ten przedłużył do Edyty, która w dobry timing uwolniła się od krycia. Jak się później okazało był to bardzo ważny punkt. Pomimo świadomości pewnej wygranej podczas ostatnich sekund meczu pozostaliśmy skupieni i walczyliśmy o ten punkt jak o każdy inny. Ostateczny wynik to 15:9 dla Astro Disco. Druga wygrana na turnieju i pierwsza w historii wygrana z GMF.
Trzecim rywalem tego dnia było Poznańskie Furious Goats. O tym meczu powiedzieć należy tyle, że tym razem to my nie mieliśmy pomysłu na grę. W Sobotę tylko na tym meczu w Astro zapanował chaos. Nie użyliśmy żadnego z kilku set playów, które działały wcześniej. Nie udawały się ani krótkie ani dłuższe podania, a obrona ciągle nie wyrabiała. Zdawać by się mogło, że źle podeszliśmy do tego meczu pod względem psychicznym, ale nie można powiedzieć, że lekceważyliśmy kozłów, gdyż wiemy na co ich stać. Zapewne u Nas zawiodła koncentracja, czego nie można powiedzieć o przeciwniku. W każdym razie na początku meczu szybko straciliśmy wiele punktów. Przy stanie 7:1 zaczęliśmy grać lepiej, ale udało się zdobyć tylko 9 punktów, przy czym stracić 8. Przegraliśmy 10:15.
Jest pewna sytuacja, na którą warto zwrócić uwagę. Przegrywaliśmy mecz 9:15, gdy zabrzmiała syrena. Furious było przy dysku. Wykonało dwa podania, z tym że to drugie było nieudane. Został Nam jeden rzut i każdy na boisku to wiedział. Bez dłuższego zastanowienia, oczekując spóźnionej reakcji kozłów, Lucjan rzucił po linii bardzo szybki forehand do Bartka, który pewnie złapał dysk. Talerz praktycznie otarł się o obrońcę. Ten punkt był równie ważny jak ten ostatni w meczu z GMF. Oba nie zmieniały nic w meczu bezpośrednim, ale w małej tabeli liczy się bilans punktów straconych do zdobytych i tu jeden punkt mógł zrobić dużą różnicę. A raczej dużą różnice zrobił…
System gry używany na Spirit on Ice jest Nam znany od dawna. Takiego samego schematu używaliśmy na Intergalactic Cup 2008 w Bydgoszczy. Są dwie grupy po 5 drużyn. Aby mieć szansę gry o pierwsze miejsce w niedzielę, należy wyjść z grupy na jednym z pierwszych trzech miejsc. Sytuacja w Naszej grupie była dość skomplikowana. Nie było teamu dominującego. Każdy przegrał jakiś mecz. Dodatkowo jak się potem okazało w naszej grupie padły aż trzy remisy! Wiedzieliśmy że nic nie jest przesądzone. Aż cztery drużyny mogły zająć pierwsze miejsce w grupie.
Ostatni mecz z Węgierską drużyną FreeBees był wielką niewiadomą. Nie przyjrzeliśmy się im na tyle, aby móc zdiagnozować ich styl gry. Nie wiedzieliśmy kto jest groźny w zonie, a kto przy dysku. Jedyne co dało się zauważyć to to że pewna blondynka odgrywa ważną rolę po obu stronach boiska. Te cenne informacje zawsze mogą zaważyć o wyniku meczu. Zagraliśmy mocno. Dziewczyny biegały jak nigdy. Chyba dzięki nim udało Nam się utrzymać tempo, a było ono bardzo szybkie. Szliśmy łeb w łeb. Punkt za punkt. Przy stanie 10:11 dla FreeBees miał miejsce contestowany faul w zonie. Dysk powrócił. Następnie contestowany in/out of bounds call. Po zweryfikowaniu sytuacji na nagraniu z kamery można powiedzieć, że w pierwszym przypadku mogą to być różnice odbioru sytuacji, jak również w zgiełku call został skierowany nie do tej osoby, która faktycznie weszła w kontakt fizyczny z graczem Astro. Natomiast drugi call był zdecydowanie niesłuszny, gdyż w momencie złapania dysku noga gracza była wyraźnie oddalona od linii, a dodatkowo obrońca w biegu wypychał (oczywiście niezamierzenie) Astronautę na out. Punkt powinien zostać uznany. Niestety dysk znów powrócił i … do trzech razy sztuka. Obrona strefowa FreeBees. Astro przy dysku 3 metry od linii zony. 3,2,1 disc in. Szatan i to w czym jest najlepszy – podanie i dynamiczny zryw. Szatan biegł w kierunku zony, oczekując podania wskakując do niej. Lucjan mając dysk jednak zawahał się podać dysk „w tłum”. Odczekał chwilę szukając cuta i ujrzał Jodę biegnącego do środka boiska, a następnie wracającego do bocznej linii zony. Delikatnie opadający outside/in forehand został złapany jedną ręką przez wyciągniętego Jodę, który zostawił jedną nogę w zonie zdobywając punkt na remis. Uff…
Nasz bilans wyglądał następująco – dwie wygrane, jeden remis i jedna przegrana. W grupie aż trzy drużyny miały podobny bilans i nic nie było przesądzone aż do ostatniego meczu. Teraz wiele zależało od GMF. Dzięki ich wygranej z FreeBees oni jak i my wyszliśmy z grupy, z takim małym szczegółem że Astro na pierwszym miejscu. Furious Goats wyszło na trzecim miejscu. Była to wielka niespodzianka, że dwie zagraniczne drużyny nie wyszły z grupy. Może to świadczyć o progresie jaki osiągają Polacy.
O tym samym może znaczyć pierwsza wygrana polaków w kultowym na Sosnowieckich turniejach meczu pokazowym Polska vs Reszta Świata. Z punktu widzenia uczestnika muszę przyznać, że zabawa była zacna. Świadomość jedynego celu tego meczu – funu, uwolnił wyobraźnie i dał nam pole do popisu, a wrzawa publiczności podkręcała w Nas adrenalinę i chęć do walki. High release forehand huck i push pass Skiby, hammer i deep cut Kasi, niewzruszony low release backhand po linii Patryka, no look flick Filipa, layout Ani, strącenie hucka przez Ciotkę Bletkę, quick release backhand 50/50 Lucjana i z pięć dominujących sky’ów Maćka, to zagrania które mogły zapaść w pamięć. To wszystko okraszone komentarzem Barta i pokazem freestyle’u Chorchego z Mental Discorders. No i klasyczny Sol drink rozlewany na trybunach. Klasyk.
Po tych atrakcjach każdy w wyśmienitym humorze udał się na wąsate party, na którym Kick ass funk przygrywało dwóch disc jokejów. Każdy uczestnik musiał mieć wąsa…kobiety również. Muzyka była „do pieca”. Po trzech oranżadach Gpsem do domu i standardowa godzinka na materacu przyzwyczajając się do hałasu tych, których Gps letko zawodził.
Niedzielny turniejowy poranek jeszcze nigdy nie był tak słodko długi (bo jeszcze nigdy Astro nie wyszło z grupy na pierwszym miejscu). Pierwszy mecz graliśmy o 11:30, ale na sali byliśmy już o 10:00. Obejrzeliśmy mecz Naszych rywali z półfinału – węgierskiego Hallodigaz-e z Furious Goats.
Hallodigaz-e miało dwóch bardzo utalentowanych zawodników. Jednego starszego doświadczonego (widać po twarzy) handlera i jednego niesamowicie szybkiego młodego cutera. Mieli też dziewczyny, które idealnie wpasowywały się ich styl gry i to one najczęściej zdobywały punkty. Ich taktyka to spokojny stabilny handling do połowy boiska i szybki niesamowicie precyzyjny rzut kończący akcję. Ustaliliśmy obronę na tego rodzaju taktykę i po solidnej rozgrzewce weszliśmy na boisko. O dziwo po raz kolejny na tym turnieju wygraliśmy flipa, który co prawda nie dawał Nam przewagi jaką daje flip na outdoorze w Polsce (bo tu były dwie połowy=raz jedni rzucają pull, raz drudzy), ale mogliśmy zacząć od offence’u. Nasza obrona pracowała bardzo mocno, a offence był spokojny i skuteczny co pozwoliło Nam zdobywać punkty łeb w łeb. Naprawdę stawialiśmy czoła indoroowym mistrzom Węgier…do stanu 5:5, kiedy to popełniliśmy błąd, a nawet dwa. Hallodigaz-e odskoczyło na 5:7 i chyba już wtedy było po frytkach. Drużyny tak doświadczone nie dają się dojść, nie tracą zdobytej przewagi, potrafią utrzymać to co zdobyli, i grać na tyle na ile muszą. A żeby wygrać musieli tylko zdobywać punkty, nie tracąc dysku. My natomiast musieliśmy zdobywać punkty i przejąć dysk co najmniej trzy razy, aby zdobyć przewagę. Rozgrywaliśmy spokojnie i cierpliwie, ale brakowało wykończenia. Nasze podania do zony kilka razy zakończyły się niepowodzeniem, natomiast ich atak był bardzo skuteczny. Przegraliśmy 7:12. W pewnym momencie Elvis łapiąc blade’a w zonie podkręciła kostkę i chyba po raz trzeci w tym sezonie mogliśmy zaobserwować jak czołga się poza linie boiska. Na szczęście nie było to poważne i w następnym meczu mogła jeszcze zagrać. Jednym z Naszych błędów w tym półfinale było postawienie mniej dynamicznego handlera na ich handlerze. Wykorzystali to nieomylnie. W pomeczowym kółku „mistrz pivota”, a zarazem Mvp finału – nr 50, ledwo mógł oderwać wzrok od pokazu tańca amazonek…oczywiście żartobliwie. Hallodigaz-e okazało się bardzo Spiritową drużyną i grać (przegrać) z taką to niewątpliwie zaszczyt.
Spirit of the Game przyznawane było na koniec turnieju przez drużyny przydzielające 3 banany do dysków z opisem każdego teamu. Nagrodę ducha gry wygrało właśnie Hallodigaz-e.
W finale Węgrzy spotkali się z Mental Discorders ze Słowacji. To był bardzo równy mecz. Obie strony raz po raz wysuwały się na prowadzenie. Po końcowej syrenie Mental wygrywało jednym punktem, ale Hallodigaz-e było przy dysku i wydawałoby się łatwo, bo perfekcyjną kontynuacją zdobyło punkt. Nastąpiło suden death. Kto zdobędzie punkt, ten wygrywa cały turniej. Po dosłownie dwóch, trzech swingach Mental Discorders zagrało coś, co każdy widział w ich wykonaniu na tym turnieju wiele wiele razy. Chorche, aka „rzucam pulle na wysokość 7 piętra” rzucił idealnego hammera do jednego ze Słowackich cuterów. Mental Discorders po raz drugi wygrali turniej w Sosnowcu, tym razem indoorowy. Teraz mogą nagrywać mecze na dwie kamery.
Nam został półfinał, albo jak ktoś to ładnie powiedział – mały finał. Na przeciwko Nas stanęło dawno nie widziane Spirit on Lemon. Nie graliśmy z Nimi od Józbee 2008. Głód wygranej był ogromny. Mimo to był to jeden z bardziej dynamicznych meczy jakie zagraliśmy przeciwko Spirit on Lemon. Sosnowiec grał swoim stylem, handlerzy swingiem przechodzili większość boiska, podchodząc do zony, gdzie cierpliwie wyszukiwali horyzontalnych cutów. Na tym meczu przekonaliśmy się, że dziewczyny z Sosnowca to naprawdę import z Kenii. Są szybkie jak antylopy, gdy widzą lamparta, i było to wykorzystywane. Spirit prowadził i gdy nie zawsze udawało Nam się oddać punkt za punkt, spróbowaliśmy kilka razy zagrać to co tygryski lubią najbardziej..longa. Wyszło chyba z 4 razy, w tym dwa razy Szatan musiał przyturlać się po parkiecie. Alek zresztą też przyozdobił udo i łokieć w pawie oczko. Gdy zaczęliśmy się zbliżać Sol wziął Timeout. Oni mieli lepszy handling, my lepsze cuty. Oni mieli więcej zmian, Nam trochę brakowało sił. Oni zdobywali punkty, my prawie. Ale i tak nie zabiorą Nam miłości. Po bardzo fajnym, szybkim meczu przegraliśmy 11:17.
W kółku zostało to powiedziane i napisze to tutaj: Chyba nikt nie spodziewał się że Astro Disco wyjdzie z grupy na pierwszym miejscu, zagra o trzecie miejsce i ostatecznie zajmie czwarte na międzynarodowym turnieju Spirit on Ice 2010.
Zaangażowanie w grę, przygotowanie taktyczne i poświęcenie na boisku Astronautów jak i pickupów było na naprawdę wysokim poziomie, za co Wam serdecznie dziękuje. Grało się wyśmienicie.
Natomiast organizacja turnieju to profesjonalizm jakiego bardzo rzadko mamy okazję zaznać.
Było przepysznie. Na deser Miss turnieju została Edyta. Gratulujemy!
Lucjan
Ostateczna klasyfikacja:
2. Hallodigaz-e
3. Spirit on Lemon
4. Astro Disco
5. Furious Goats
6. Grandmaster Flash
7. FUJ
8. Velka Morava
9. FreeBees
10. Uwaga Pies
Kilka pozostałych nagród:
Najlepszy wąs na imprezie: Bay (Velka Morava)
Miss turnieju: Edyta (Astro Disco)
Spirit of the pain: Dembol (Uwaga Pies)
MVP Women : Katharine (Mental Discorders)
MVP Man: Nr 50 (Hallodigaz-e )
Spirit of the game: Hallodigaz-e
Turniej Spirit on Ice 2010 odbył się w dniach 20-21.02.2010
Astro Disco wystąpiło w składzie:
-UOlcia
-Elvis
-Edyta
-Alek
-Kris
-Lucjan
-Ola Cichowska
-Joda
-Szatan
-Adam



















